Howard Storm urodził się w 1946 roku w stanie Massachusetts. Przez
20 lat był profesorem sztuki na Uniwersytecie Northern Kentucky. Jako
ateista byt przekonany, że śmierć jest definitywnym końcem istnienia
człowieka. Jako ateista był przekonany że śmierć jest definitywnym
końcem istnienia człowieka. Jego ateizm prysł jak bańka mydlana po
doświadczeniu ciężkiej choroby podczas wakacyjnego pobytu w Paryżu
w 1985 r. Największa telewizja katolicka na świecie EWTN wiosną 2003
r. wielokrotnie powtarzała wywiad z prof. Howardem Stormem.
W obliczu cierpienia i śmierci
Latem 1985 r. prof. Howard Storm razem ze swoją żoną i grupą studentów
przebywał w Europie, zwiedzając najważniejsze centra sztuki. Ostatnim
etapem ich podróży był Paryż. W przeddzień odlotu do USA zwiedzali
wystawę sztuki współczesnej w centrum Georges`a Pompidou. Było to
dla nich jedno z najważniejszych wydarzeń podczas europejskiej podróży.
Następnego dnia rano Howard Storm poczuł przeszywający ból żołądka,
jakby został ugodzony pociskiem. Było to tak wielkie cierpienie, że
nie mógł powstrzymać się i dosłownie wył z bólu. Wezwa-ny lekarz stwierdził
przebicie dwunastnicy, dał zastrzyk morfiny w celu uśmierzenia bólu
i skierował na natychmiastową operację.
Prześwietlenie wykazało, że w dwunastnicy u jest duży otwór spowodowany
najprawdopodobniej przez wrzody. Aby zapobiec śmierci, konieczna była
natychmiastowa operacja. W miarę upływu czasu morfina a przestawała
działać. Oczekując na operację, prof.Storm intuicyjnie czuł, że są
to ostatnie chwile jego życia. Rozpaczliwie prosił o pomoc personel
szpitala. Ponieważ był to czas wakacji i wielu lekarzy przebywało
na urlopach, Storm musiał czekać na operację kilkanaście godzin. W
doświadczeniu porażającego bólu minuty wydawały mu się tak długie
jak godziny. Był zrozpaczony brakiem zainteresowania i obojętnością
personelu. Stawiał sobie pytania, co stanie się z jego żoną i dwójką
dzieci, z jego obrazami, domem. Myśl o śmierci przerażała go, miał
dopiero 38 lat i był dobrze zapowiadającym się artystą. Za wszelką
cenę chciał żyć, ale gwałtownie tracił siły, z wielkim trudem mógł
oddychać, podnieść głowę i coś powiedzieć. Po 10 godzinach pobytu
w szpitalu pielęgniarka powiadomiła go, że chirurg poszedł do domu
i operacja może się odbyć dopiero następnego dnia rano. Ta informacja
była dla Storma jak wyrok śmierci. Wiedział, że do tego czasu nie
przeżyje. Ze łzami w oczach pożegnał się ze swoją żoną, mówiąc, że
bardzo ją kocha. Objęli go swoimi ramionami i szlochając, całowała.
Storm był pewny, że śmierć jest koń-cem świadomości i istnienia człowieka.
Nie wierzył w istnienie Boga. a tym bardziej w niebo, czyściec i piekło.
Przedsmak śmierci
Zmiażdżony ogromem cierpienia, Storm zamknął oczy i powoli zaczęła
ogarniać go przerażająca ciemność: czuł, że zapada się wotchłań unicestwienia.
W pewnym momencie ze zdziwieniem stwierdził, że jednak dalej żyje
i posiada wyjątkowo klarowną samoświadomość oraz percepcję otaczającej
go rzeczywistości. Był świadomy swoich problemów z żołądkiem, jednak
nic odczuwał już bólu, miał tylko żywą o nim pamięć. Ze zdziwieniem
zorientował się, że stoi obok swojego łóżka w sali szpitalnej i widzi
leżące nieruchomo własne ciało. Obok siedziała z pochyloną głową jego
żona, Beverly. Pragnął za wszelką cenę skomunikować się z nią, jednak
bezskutecznie, gdyż w ogóle nie reagowała, tylko siedziała nieruchomo,
wpatrując się w podłogę. Sala szpitalna wydawała mu się jaskrawo oświetlona,
wszystko widział w najdrobniejszych szczegółach i jak nigdy dotąd,
niezwy-kle ostro i jasno. Był bardzo zirytowany, że nie mógł nawiązać
kontaktu ze swoją żoną. W pewnym momencie usłyszał głosy: Wyjdź
stad natychmiast. Pospiesz się. Czekamy tu na ciebie
od dawna, aby ci pomóc. Czuł, że jeśli opuści ten pokój, to nigdy
już do niego nie wróci. Tajemnicze głosy nalegały: Nie będziemy
w stanie ci pomóc, jeżeli stąd nie wyjdziesz. Postanowił ich posłuchać.
Miał wrażenie, że znalazł się w czymś na podobieństwo ogromnego zamglonego
holu, który podświadomie budził lęk. Nie widział szczegółów, ale wydawało
mu się, że przemierza jakąś tajemniczą przestrzeń. Zobaczył w dużej
odległości niewyraźne postacie przypominające ludzi. Byli bladzi,
a ich ubrania miały szary kolor. Pragnął zbliżyć się do nich, ale
okazało to się niemożliwe, gdyż nieustannie oddalali się od niego.
Zdawał sobie sprawę, że natychmiast musi się poddać operacji i że
ci ludzie są dla niego jedyną nadzieją. Nieustannie powtarzali oni,
że jeżeli pójdzie z nimi, to wtedy znikną wszystkie jego problemy.
W miarę upływu czasu ciemności pogłębiały się, a liczba krążących
wokół niego złowrogich postaci była
coraz większa. Ich obecność napełniała go rosnącym przerażeniem, gdyż
emanowały nienawiścią, podstępem i kłamstwem. Storm, oglądając się
za siebie, widział w odległości jakby kilku mil swoje ciało leżące
na łóżku szpitalnym i siedzącą obok żonę. Odniósł dziwne wrażenie,
że dla niego czas się skończył, a to, czego doświadcza, nie jest jakimś
koszmarnym snem, lecz pełną grozy rzeczywistością. Tajemnicze postacie,
które go otaczały i prowadziły do nieznanego mu celu, zaczęły wypowiadać
straszne przekleństwa i obelgi pod jego adresem. Mówiły z szyderczym
uśmiechem, że już niedługo dotrą na miejsce. Howard zorientował się,
że przebywa w przerażającym, pełnym grozy otoczeniu. Uświadomił sobie
beznadziejność sytuacji, w jakiej się znalazł. Postacie z bliska miały
straszny wygląd. Stawały się coraz bardziej agresywne, wśród bluźnierstw
i przekleństw poddawały go najrozmaitszym torturom. Istoty te były
całkowicie pozbawione współczucia, opanowane żądzą nienawiści i nieokiełznanego
okrucieństwa. Storm zrozumiał, że to są ludzie potępieni, którzy w
czasie życia na ziemi odrzucili i znienawidzili Boga, stając się stuprocentowymi
egoistami. Bezskutecznie próbował przed nimi się bronić, ale wywoływało
to z ich strony jeszcze większą agresję i szyderstwa. Dla Storma była
to sytuacja makabrycznego wprost cierpienia i przerażającej beznadziei,
jakich jeszcze nigdy dotąd nic doświadczył. W pewnym momencie usłyszał
wewnętrzny głos, wzywający go do modlitwy, do prośby do Boga o pomoc.
Początkowo odrzucał tę myśl, ale wezwanie do modlitwy stawało się
coraz bardziej naglące. Storm nie modlił się przez całe swoje dorosłe
życie i dlatego nic wiedział, jak to się robi. Przypomniał sobie jednak
fragmenty modlitwy Ojcze nasz oraz inne proste formuły z czasów
dzieciństwa i zaczął je powtarzać. Ku swojemu zdziwieniu zauważył,
że gdy nieporadnie próbował się modlić. Odraża-jące postacie zaczęły
w popłochu uciekać. Krzyczały z wielką wściekłością, że niepotrzebnie
się modli, bo i tak go nikt nie usłyszy, gdyż Bóg nie istnieje. Straszyły,
że dopiero teraz się z nim rozprawią, wypowiadając przy tym straszne
bluźnierstwa pod adresem Boga i Matki Najświętszej. Storm nieustannie
powtarzał słowa modlitwy i doświadczał jej wielkiej mocy, widząc,
z jaką wściekłością złe duchy w popłochu uciekały od niego. Zrozumiał,
że gdyby przestał zwracać się do Jezusa, natychmiast by wróciły i
wtedy na nowo rozpocząłby się koszmar duchowej męczarni, która w swoim
okrucieństwie była tak straszna, że w porównaniu z nią cierpienie
fizyczne, jakiego doświadczył w szpitalu, było nikłe.
Sąd nad sobą
Kiedy Storm powtarzał słowa modlitwy, ujrzał siebie w prawdzie i ocenił,
co w minionym życiu było dobre, a co złe. Uświadomił sobie, że przez
całe ziemskie życie stawiał pomnik największemu bożkowi, jakim był
jego egoizm. Całkowicie skoncentrowany na sobie, za wszelką cenę chciał
stać się sławny i pragnął, aby jego obrazy były oglądane i podziwiane
przez ludzi na całym świecie. Teraz zrozumiał, że jego stosunek do
rzeźb, obrazów, które posiadał w swojej kolekcji, a także do rodziny,
domu był niewłaściwy i że cały system wartości, którym kierował się
w życiu, był tylko przedłużeniem jego egoizmu. To właśnie skoncentrowanie
na sobie upodabniało go do tych odrażających istot, które wprowadziły
go w rzeczywistość niewyobrażalnego cierpienia. Wszystko to, co do
tej pory tak bardzo cenił i co nadawało sens jego życiu, teraz nie
miało już żadnego znaczenia. Ogarnął go wielki wstyd i żal za dotychczasowy
stosunek do Boga i ludzi. Wprawdzie nie był złodziejem, nikogo nie
zamordował, respektował prawo i niepisane reguły cywilizowanego życia,
ale to było za mało, aby żyć życiem godnym człowieka. Jego religią
i normą życia był egoizm i bezwzględny indywidualizm, a współczucie
dla innych znakiem słabości. Uświadomił sobie także, że przez całe
życie nosił ukrytą złość i niechęć do przebaczenia własnemu ojcu oraz
wrogość do sytuacji i rzeczy, których-nie mógł kontrolować. Teraz
był całkowicie bezradny i bezsilny. Zrozumiał, że niewiele już mu
brakowało, aby stać się stuprocentowym egoistą, tak jak ci zionący
nienawiścią potępieńcy, i dołączyć na całą wieczność do ich grona.
Światło nadziei
Świadomość zmarnowanego życia spowodowała, że Howarda ogarnął przejmujący
żal z powodu tego wszystkiego, co z własnej
woli złego myślał i czynił, a co wynikało z jego egoizmu i jeszcze
bardziej go pogłębiało. I właśnie wtedy usłyszał swój śpiew z czasów
dzieciństwa. Był to nieustannie powtarzany refren: Jezus mnie kocha...
da, da, da. Jako dziecko śpiewał tak często podczas zajęć w szkółce
niedzielnej. W tej przerażającej ciemności, która go teraz otaczała,
bardzo pragnął obecności kogoś, kto bezwarunkowo go kocha i zatroszczy
się o niego. Śpiew Jezus mnie kocha stawał się jego modlitwą i największym
pragnieniem całej jego istoty. Całym sobą czuł, że w tej beznadziejnej
sytuacji miłość Jezusa jest dla niego jedynym ratunkiem i wybawieniem.
Dzięki tej modlitwie zaczęło budzić się w nim światło nadziei. Po
raz pierwszy w swoim dorosłym życiu pragnął gorąco, aby okazało się
prawdą, że Jezus go kocha, i dlatego zaczął całym sobą wołać: Wybaw
mnie, Jezu! W pew-nym momencie zauważył w otaczającej go ciemności
maleńkie światełko, jakby ledwie widocznej gwiazdy, która powoli stawała
się coraz jaśniejsza i większa. Sprawiała wrażenie, że zbliża się
do niego z wielką prędkością. Zafascynowany jej blaskiem nie mógł
od niej oderwać wzroku. Światło to było jaśniejsze od słońca czy błyskawicy
i piękniejsze od czegokolwiek, co do tej pory widział. Kiedy do niego
dotarło, zorientował się, że nie jest to żadna gwiazda, tylko żywa
Osoba, która emanuje niesamowitym światłem miłości. To był zmartwychwstały
Jezus Chrystus, Zbawiciel i Pan całego wszechświata. HowardStorm został
ogarnięty Jego miłością. W jej świetle ujrzał ogrom swoich grzechów,
całe zło spowodowane przez jego ateizm, ale pomimo bólu wynikającego
z prawdy o sobie, czuł, że jako marnotrawny syn jest kochany miłością,
która przebacza wszystkie grzechy, leczy największe rany i przywraca
utra-coną godność dziecka Bożego. Zrozumiał, że jedynym koniecznym
warunkiem, aby to mogło się stać, jest ufność i zgoda człowieka, aby
Chrystus mógł go kochać i uzdrawiać. Howard doświadczył miłości i
miłosierdzia Boga w sposób tak intensywny, że nie znalazł w ogóle
słów i porównań, aby swoje przeżycie wyrazić ludzkim językiem. Płakał
ze szczęścia i z żalu za grzechy. Czuł się kochany, akceptowany mimo
swoich licznych grzechów. Jezus Chrystus wziął go w swoje ramiona,
aby go przenieść z tej mrocznej i budzącej grozę rzeczywistości, która
prowadziła wprost do piekła. Storm miał wrażenie, jakby Zbawiciel
pokonał nieskończony dystans oddzielający światło od ciem-ności, miłość
od nienawiści, prawdę od kłamstwa, wolność od całkowitego znie-wolenia.
W tej nowej, niewyobrażalnie pięknej rzeczywistości, w której życie
jest miłością, Storm czuł się bardzo onieśmielony i zawstydzony stanem
swojego człowieczeństwa. Czuł się w obliczu świętości Boga jak ohydna
szmata, którą trzeba wyrzucić do śmieci. Wiele razy w swoim życiu
nie tylko zaprzeczał, ale i drwił z prawdy, że Bóg istnieje i jest
Miłością. Tysiące razy używał imienia Boga jako przekleństwa. Chciał
być jedynym centrum całego wszechświata i samemu decydować o tym,
co jest dobre, a co złe, kierując się jedynie egoizmem. Mając świadomość
tych oraz innych, popełnionych przez siebie grzechów, pomyślał, że
znalazł się tu przez pomyłkę. Wtedy usłyszał słowa Jezusa kierowane
bezpośrednio do jego umysłu: To nie jest pomyka, właśnie tutaj
ma być twoje miejsce. Musisz się jeszcze przygotować, dojrzeć i oczyścić.
Na prośbę Jezusa pojawiły się jasne istoty, promieniujące radością
i miłością. Były to duchy czyste, anioły, które komunikowały się przez
bezpośrednie przekazywanie myśli. Cokolwiek Storm pomyślał, one natychmiast
o tym wiedziały. Jego bezpośredni opiekun, Anioł Stróż, oznajmił mu,
że musi wrócić do ziemskiego życia, że nie jest jeszcze gotowy, aby
przejść do wieczności. Uświadomił mu również, że Pan Bóg obdarzył
wszystkich ludzi zdolnością do przyjęcia lub odrzucenia Jego miłości,
która jest całkowicie wolnym i bezinteresownym darem, dlatego może
być tylko przyjmowana w całkowitej wolności, przez ufną i szczerą
modlitwę.
Z tego powodu właśnie ludzie powinni się dużo modlić. Anioł Stróż
tłumaczył również Stormowi, żeby kochając, nie oczekiwał jakiejś nagrody
lub innych korzyści, tylko pragnął jednego - by w całkowitej wolności
akceptował i wypełniał Bożą wolę, bo tylko w ten sposób będzie stawał
się dzieckiem Boga i szedł najprostszą drogą do nieba.
Całkiem nowe życie
Kiedy Anioł Stróż skończył mówić, Howard zorientował się, że leży
w łóżku i jest już po operacji, a pielęgniarka przemywa ranę pooperacyjną
na jego brzuchu ciepłą wodą z mydłem.
To doświadczenie z pogranicza śmierci całkowicie zmieniło Storma,
całą jego dotychczasową hierarchię wartości i sposób myślenia. Z ateisty
stał się człowiekiem żywej wiary i modlitwy. Do dnia dzisiejszego
Howard Storm nieustannie daje świadectwo, że tylko ufając i wierząc
Bogu, człowiek staje się rzeczywiście wolnym i zdolnym do bezinteresownej
miłości, i że tylko wtedy, gdy jednoczy się z Bogiem przez wiarę,
która działa przez miłość, człowiek osiąga prawdziwe szczęście, staje
się świętym, a więc idzie drogą, która prowadzi prosto do nieba.